Przeglądasz metrykę chrztu z 1861 roku i przy nazwisku ojca widzisz słowo „szmuklerz". Nie znasz go, słownik pod ręką milczy, a Google podpowiada głównie nazwiska. Chwila konsternacji – i nagle okazuje się, że twój przodek robił sznurki, guziki i frędzle do sukien, bo właśnie tym zajmował się szmuklerz.
To jedna z tych chwil, które w genealogii lubię najbardziej. Metryka nie tylko mówi, kim ktoś był – czasem trzeba się chwilę nagimnastykować, żeby to w ogóle zrozumieć.
Rzemiosło, o którym dziś nikt nie pamięta
Zacznijmy od zawodów, które kiedyś były w każdej wsi i miasteczku, a dziś brzmią jak zagadka.
Szmuklerz wyrabiał pasmanterię: sznury, chwosty, guziki obszywane nicią, galony do mundurów. To zawód cechowy, dość ceniony, bo wymagał precyzji i dobrego wzroku – w metrykach miejskich pojawia się częściej niż wiejskich.
Powroźnik kręcił liny i powrozy, zwykle z konopi albo lnu. Bez jego pracy nie dałoby się zaprzęgnąć konia, związać snopków ani opuścić wiadra do studni.
Bednarz budował beczki, cebry, konwie do mleka – wszystko z drewnianych klepek spiętych obręczami, bez gwoździa i kleju. Dobra beczka mogła służyć kilka pokoleń, więc zawód ten przechodził często z ojca na syna.
Kołodziej robił koła do wozów – jedna z trudniejszych prac ciesielskich, bo koło musiało być idealnie okrągłe i wytrzymać ciężar załadowanego wozu na wybojach.
Rymarz (czasem zapisywany jako siodlarz) szył uprząż, siodła, pasy i inne wyroby ze skóry. W czasach, gdy koń był podstawowym środkiem transportu, na brak zleceń nie narzekał.
Gdzie szukać takich wpisów? Najczęściej w księgach parafialnych – pisaliśmy już, gdzie ich szukać i jak je czytać, bo bez znajomości układu metryki łatwo przeoczyć taki szczegół zapisany jedną linijką obok imienia.
Fachy jeszcze rzadsze – kurdybanik, sitarz, gonciarz
Im głębiej szukasz, tym dziwniejsze nazwy zawodów się pojawiają.
Kurdybanik wyrabiał kurdyban – tłoczoną, złoconą skórę, którą obijano meble, oprawiano księgi i tapetowano ściany zamożnych domów. Nazwa pochodzi od hiszpańskiej Kordoby, skąd technika dotarła do Polski przez Włochy. To był zawód rzadki i drogi – w metrykach wiejskich praktycznie nie występuje, za to trafia się w aktach większych miast.
Sitarz robił sita i przetaki z włosia końskiego albo drutu – rzecz niezbędna w każdej kuchni i młynie do przesiewania mąki. Potrzebował go dosłownie każdy dom, więc sitarze mieli stałe grono klientów, choć rzadko się bogacili.
Gonciarz produkował gonty – drewniane deszczułki, którymi kryto dachy, zanim na dobre zadomowiła się dachówka i blacha. Jeśli nazwisko skojarzyło się komuś z Krzysztofem Gonciarzem – to nie przypadek. To dokładnie ten sam rdzeń zawodowy, tylko sprzed paru wieków: ktoś w rodzinie musiał kiedyś krajać gonty.
Zawody bardziej niebezpieczne, niż się wydaje
Nie każdy zawód z metryki był tak spokojny, jak sugeruje nazwa.
Cyrulik to nie był fryzjer w dzisiejszym rozumieniu. Golił brody, ale też rwał zęby, upuszczał krew i nastawiał złamania – w wielu miasteczkach był jedynym dostępnym „medykiem" na kilkanaście kilometrów.
Kotlarz obrabiał miedź i mosiądz – kotły, rondle, kociołki do gorzelni. Praca przy piecu, w dymie i hałasie młotków, zwykle skracała życie rzemieślnika bardziej niż innym zawodom.
Flisak spławiał drewno i towary rzekami – głównie Wisłą, aż do Gdańska. Zawód sezonowy i ryzykowny: tratwy potrafiły się rozbić na progach rzecznych, a flisacy tygodniami nie wracali do domu.
Sztygar nadzorował pracę górników pod ziemią – odpowiadał za bezpieczeństwo wyrobisk, rozdzielał zadania, pilnował, żeby nikt nie utknął w chodniku po zawale. W metrykach z okolic Zagłębia Dąbrowskiego czy Śląska pojawia się regularnie i zwykle oznaczał wyższą pozycję niż zwykły górnik.
Smolarz wypalał smołę z żywicznego drewna sosnowego w kopcach zwanych mielerzami, zwykle w lesie, z dala od zabudowań – ze względu na dym i ryzyko pożaru. Smoła smarowała osie wozów, uszczelniała łodzie i liny, więc praca przy dymiącym kopcu należała do najcięższych i najbardziej samotnych zajęć na wsi.
Kobiece zawody, których prawie nie widać w metrykach
Tu trzeba być czujnym, bo księgi metrykalne rzadko zapisywały zawód kobiety – zwykle wpisywano ją tylko jako „żonę" albo „córkę" kogoś. Wyjątkiem jest akuszerka, zwana też babką lub babą pępkową. To ona odbierała większość porodów na wsi, zanim lekarze zaczęli docierać poza miasta na dobre – i czasem to właśnie jej podpis widnieje przy akcie chrztu jako świadka, gdy ojciec nie zdążył dotrzeć do kościoła.
Dziad szpitalny – wpis, który zawodem nie jest
Nie każde określenie przy nazwisku w metryce to zawód. „Szpital" w dawnej Polsce nie oznaczał placówki medycznej, tylko przytułek dla ubogich, starców i kalek, prowadzony zwykle przy parafii. Dziad szpitalny to osoba mieszkająca w takim przytułku, utrzymywana z jałmużny parafian, czasem pełniąca drobne funkcje przy kościele – dzwoniąc na mszę albo pilnując cmentarza.
Takie osoby pojawiają się głównie w aktach zgonu, rzadziej jako świadkowie przy chrztach innych ubogich rodzin. Jeśli trafisz na to określenie przy przodku, to sygnał skrajnego ubóstwa i braku rodziny, która mogłaby się nim zaopiekować.
Jak rozszyfrować zawód, którego nie znasz
Jeśli trafisz w metryce na słowo, którego nie rozpoznajesz, zanim sięgniesz po słownik łaciny kościelnej, zastanów się, gdzie i kiedy powstał wpis: parafia miejska czy wiejska, epoka, zabór. Niektóre nazwy zawodów to regionalizmy i w sąsiedniej parafii zapisywano je zupełnie inaczej.
Przydatne narzędzie: Jeśli zbierasz takie „nietypowe" wpisy z metryk swojej rodziny, warto trzymać je w jednym miejscu razem z resztą danych – narzędzia na geneo-toolkit.pl pozwalają dopisać notatkę do konkretnej osoby w drzewie, żeby taki szczegół nie zgubił się między kolejnymi wersjami pliku GEDCOM.
O tym, jak zawód ojca wpływał na pozycję rodziny we wsi i co mówią o niej świadkowie w metryce, pisaliśmy szerzej w tekście o życiu codziennym naszych przodków na wsi. Tutaj chodziło raczej o to, żeby następnym razem, gdy trafisz na dziwnie brzmiące słowo przy nazwisku przodka, nie przejść obok niego obojętnie – tylko sprawdzić, co naprawdę oznaczało.